zamknij

Obraz 1


Gdy Strzelcy się kłócą, Niedźwiedź jest bezpieczny





PORANEK | DZIEŃ | ZMIERZCH | NOC
WIOSNA | LATO | PÓŹNA JESIEŃ | ZIMA
BEZCHMURNIE | ZACHMURZENIE | ŚNIEG| BURZA ŚNIEŻNA

Informacje

Info 1

Razem z Moimi znajomymi prowadzimy bloga grupowego o tematyce nadnaturalne, fantasy, szkolne. Jego nazwa to Nook Of Wolves, serdecznie zapraszamy do zapisów i świetnej zabawy! Cały czas jest prowadzony nabór mimo małej aktywności bloga.

Info 2

© PRAWA AUTORSKIE // copyright

     PL 🇵🇱 Na wypadek, gdyby bez zgody Twoja grafika lub fotografia została użyta na tym blogu, to proszę skontaktuj się ze mną poprzez Facebooka, wtedy zostanie usunięta natychmiastowo.
    EN 🇺🇸 If your graphic or photograph is used on this blog without permission, please contact me via Facebook, and I will delete it immediately.
    Uniwersum bloga Nook of Wolves zostało od podstaw zbudowane oraz spisane przez administrację domeny NookOfWolves.blospot. Bez wyjątku wszystkie treści, włącznie z tekstami zawartymi w Kartach Postaci naszych autorów, objęte są prawem autorskim i zabrania się kopiowania jakichkolwiek elementów zawartych na wymienionym blogu.

Info 3

Aktualny czas w Wałbrzych:
Idźcie śladem mchu...

Plotkara - kody

Asszny, WP.

Witam w moim małym świecie. Nazywam się Wiktoria P. choć można na mnie też mówić Asszny. Jeśli chcesz zobaczyć moje skromne progi, to zapraszam serdecznie. Tu mamy meszek, tam mamy drzewka, a zaraz obok nich znajdziecie moje prace: Opowiadania, Grafiki, czy też zwykłe wpisy o moim życiu!

Prawa Autorskie

"Na podstawie Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r., publikator: Dz. U. 1994, nr 24, poz. 83, tekst jednolity: Dz. U. 2006, nr 90, poz. 631 oświadczam, że wszelkie prawa do publikowanych przeze mnie materiałów należą wyłącznie do mnie i niniejszym nie udzielam zgody na wykorzystywanie moich materiałów do jakichkolwiek celów bez mojej zgody."

Lol

Baocheng x Jelly | Sitheach x Rowena
Fausta x James | Ven x Hana
Atea x NamGi | Nibiru x Gabriele
Cristabel x Aldert | Ekaterina x Jose
Jonas x Sonia | Edith x ..
Crystal x ... | Gideon x ...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NookOfWolves. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NookOfWolves. Pokaż wszystkie posty

 

A little Journey to Her Mind


          Jej pierwszy festyn Fēngshōu jiérì, to zdecydowanie był najszczęśliwszy dzień w jej życiu. Dobry los pozwolił w owym czasie, odpocząć Małemu Faunowi. Mogła choć na chwilę się wyciszyć - dosłownie, bo nie znała Chińskiego, ale uczyła się, gdy tylko miała okazję. W większości jednak, to jej bracia rozmawiali, a ona odezwała się dopiero po dłuższym czasie. Uczyła się na nowo jak to jest być częścią rodziny, bo zbyt dużo wlano do jej serca nienawiści i gniewu, żeby dziewczynce było tak łatwo się dostosować.

          Rozglądała się na boki, trzymając jej nowo poznanych braci za ich nieco większe, ale wciąż dziecięce dłonie. Było pięknie. Kolorowe stragany, światła, palące się świece i głośny gwar mieszkańców okolicznych wiosek. Czas spowalniał, gdy widziała tyle szczęśliwych twarzy, a ona starała się to wszystko spamiętać, jakby w przyszłości miało to mieć naprawdę spore znaczenie.


☘︎ 𓆸 ☘︎

           Już nieco spokojniejsza blondwłosa dziewczynka, nie, już młoda dziewczyna otworzyła swoje zmęczone ślepia. Rozejrzała się po prostym pokoju. Przeciągnęła się i zapiszczała przy tym, jak dzikie zwierzę. Mimo prostego wnętrza pokoju, dwie rzeczy tutaj się wyróżniały - duże, wygodne łoże na którym dane było jej spać, o pięknych chińskich, drewnianych wykończeniach  i piękne obrazy na starych pergaminach. Była wdzięczna jej rodzinie za ten dar. Mimo, że dla innych ludzi byłoby to ubóstwo, a dla niej było idealnie. Poczuła jak jej serce zabiło mocniej na myśl o kolejnych cudownym festynie. Kolejne piękne uśmiechy innych ludzi miały ją otaczać, jednak czuła również jakiś dziwny niepokój. Starała się jednak ignorować swoje niepoprawne, ciężkie myśli. Nie chciała przywoływać nimi złego ducha do siebie. Wstała i ubrała się w prostą suknie, która wyglądała jak wór po kartoflach z paskiem zapiętym w talii. Wyszła z pokoju, przywitała się z ojcem i braćmi na placu treningowym. Oni zawsze byli punktualni i ciężko trenowali. Tym razem jednak ich miny były nieco bardziej skwaszone niż zawsze. Postanowiła się jednak o to zapytać później. Udała się do kobiet w kuchni, by zapytać się czy nie trzeba im było pomóc w niczym. Jednak nie była potrzebna i została odprawiona na spacer. I to był jej pierwszy błąd tego dnia…

Udała się w tą samą trasę, co zazwyczaj, jednak w dniu festynu Fēngshōu jiérì te góry w które wybrała się Fausta, uwalniały potężną moc ze swoich jaskiń. Potężną I niebezpieczną. Nawet najmądrzejsi madzy z ich wioski nie byli jej w stanie opanować, więc jak mogła to zrobić młoda Faustyna? Jej dość długi spacer na góry Shénshèng de hàojiǎo trwał ponad trzy godziny, piękne trzy godziny, przez które obserwowała nieskazitelnie czyste niebo, cudowne dzikie zwierzęta, które nie uciekały przez zwierzęcy zapach dziewczyny i cudownie, nieskażoną ludzką ręką ilość roślin, ziół i pięknych drzew.  W pewnym momencie usłyszała piękny głos, dojrzałej kobiety. Głęboki, niski, ale jednocześnie tak bardzo pociągający w magiczny sposób. Wolał ją.

Kochanie, pomóż starszej Pani w potrzebie… 

Widmo jakiejś biednej kobiety pojawiło się w głowie głupiutkiej blondynki. Szła z stroje kojącego głosu i słyszała go coraz wyraźniej zza krzewów. Gdy nagle oślepiło ją na krótki moment światło koloru czerwonego. Zasłoniła oczy łokciem i drugą ręką wyciągniętą przed nią. Nagle coś ją szarpnęło w stronę jaskini, której wcześniej nie zauważyła przez mocny blask. 

Jesteś moja! Głupia dziwka! 

Nagle głos stał się ostry i chrypowaty. A ona zemdlała, czując jak cała energia jest z niej wysysana. Podobno leżała przed tą jaskinią trzy dni, zanim ktokolwiek ją znalazł. Nie miała w zwyczaju mówić nikomu w którą stronę idzie, a przeszukiwanie każdego krzaka zajęło ludziom z wioski właśnie tyle czasu. Kolejne trzy dni leżała w łóżku bez prawie żadnego znaku życia. Miała ledwo wyczuwalny puls przez te dni. Była zimna. Ale czuwali nad nią bracia i ojciec. Do pewnego czasu. Bracia w końcu udali się w podróż, by kształcić swoje młode umysły. A Faust dalej trwał w śpiączce wycieńczenia. W snach jednak widziała siebie. Swoją alternatywę, która krzyczała wniebogłosy. Wręcz darła się, chcąc wyjść na zewnątrz. Krzyczała okropne rzeczy. Cała ta nienawiść, która zbierała się w dziewczynce na przestrzeni jej młodych lat, została uwolniona wraz z dniem jej niepozornie, spokojnego spaceru. Wpuściła w głąb siebie demonice, która posiadła część jej ciała. Obudziła się po tygodniach i to bardzo osłabiona. Ale mimo tego starała się jak najszybciej odzyskać siły i udać się za braćmi do nowej szkoły. Ojciec z żalem wypuścił ją ze swoich objęć, jednak po roku od jej pobudki i odwiedzinach jego synów. 


Her Head is sleeping, be Quiet


              Jej długi i wydawałoby nieskończony sen pozwolił jej nieco poznać nową towarzyszkę jej życia. Z przymusu musiała to zrobić.  Trzeba było przyznać, że sny były przerażające, ale sama kobieta sprawiła, że jej alternatywna wersja była równie piękna, co ona sama. Spojrzała w lustro, gdzie nie widziała swoich blond włosów i jelenich poroży, a czarne, gęste loki i baranie rogi. Dotknęła się w poroża i się zdziwiła mocno. Rzeczywistość, a lustro to były dwie inne rzeczy. Nie poznawała tych pięknych, czerwonych oczu na jej twarzy.

Tak łatwo się poddałaś mimo swojej potęgi? Nawet nie poznajesz swojego własnego odbicia w lustrze.

Fausta aż odskoczyła od lustra, gdy jej odbicie zaczęło mówić. Z jednej strony była przerażona, z drugiej zafascynowana. Szybko wróciła i dotknęła lustra palcem, który zatopił się w szkle. Cofnęła dłoń, a jej odbicie prychnęło z pożałowaniem. Chciała aby Fausta się jej całkowicie poddała. Jednak Faust mimo kruchej postury i delikatnego wnętrza, nie była słaba - zwłaszcza duchem. 

Nie poddam się

Powiedziała nieśmiało blondynka chwytając za lustro. Zdziwiona czerwono oka, uśmiechnęła się zadziornie.

Przekonamy się, damulko. Twoja matka wiele mi mówiła o Tobie, wiesz?

Przeszedł ja zimny dreszcz na myśl o swojej okrutnej matce. Czuła właśnie od demona podobną energię, jak ta jej chorej na głowę matki. Jej postać stała się bardziej spięta. Postura zesztywniała. 

Kim ty do cholery jesteś? — z ust Faustyny wymsknęło się gardłowe warknięcie. Tak jakby momentalnie stanęła jej gula w gardle. 

Już mówiłam. Twoim odbiciem. — przewróciła oczami, już nieco zirytowana brakiem pomyślunku młodej dziewczyny.

Nienawiścią, furią, Złością, frustracją. Jak zwał tak zwał. Zwabiła Cię moc demona Twojej matki. Nie jestem nią, a jej częścią, która żywi się negatywnymi uczuciami, przeżyciami innych. Jesteśmy jak pasożyt. A w Tobie jest bardzo dużo nienawiści. Zwłaszcza w jej stronę. A ona tak bardzo chciała Cię męczyć wspomnieniami, że poświęciła kawałek swojej mocy, żeby wysysać Twoją. Wytłumaczyłam Ci już? 

Pod koniec zaśmiała się histerycznie. Fausta złapała obiema rękami za lustro i rzuciła nim za siebie, a postać w nim zaczęła krzyczeć, nie…wydzierać się, jakby ją katowano. Wraz z upadkiem lustra, upadła i Fausta. Lustro rozbiło się, a blondynka, zaczęła krzyczeć z bólu, gdy z jej głowy poroża odpadły i bardzo boleśnie zaczęły się wyżynać rogi baranie. To nie była bezbolesna przemiana jaką zazwyczaj przechodziła. To było bolesne. Jej kopyta zmieniły nieco kształt i kolor sierści, tak samo włosy. Stały się ciemne i błyszczące. 

Odejdź! NIE CHCĘ TEGO! — Wydała z siebie ryk. Wiedziała, że było już za późno. Przegrała z kolejną klątwą jej matki. Czuła, że zawsze z nią przegrywa. Tak jak wtedy, gdy ją porzuciła na pastwę losu.  Żyła tylko dzięki Apollo, była mu za to wdzięczna. Dzięki niemu tak naprawdę poznała dar życia. Mimo swoich traumatycznych przeżyć, mogła cieszyć się dalszą egzystencją.

Głupia dziwka!!! DAŁAŚ MI WARIATKO CZĘŚĆ SWOJEJ MAGII, ZEMSZCZE SIĘ NA TOBIE! 

Dziewczyna krzyczała jak opętana myśląc tylko o zemście. Postanowiła pochłonąć całą demoniczną energię jej matki w swoim celu i stworzyć tą alternatywną wersję siebie - MeiXiu! Przyrzekła sobie, że w końcu nauczy się panować nad nią! A wtedy nadejdzie czas na zemstę na Sianie. 

Nawet nie wiesz co zrobiłaś, szmato…



Death fascination never Killed, right?


W akademii, nie czuła już jednak gniewu. Miała przy sobie wielu kochających ją ludzi i przyjaciół. Baochenga dopóki nie wyjechał z córką. NamGiego, no i… do czasu miała też Jamesa… James. Jej pierwsze prawdziwe zauroczenie, była nawet pewna, że go kocha. Jednak szybko te uczucia zmieniły się w nienawiść, kiedy zniknął bez słowa. Zostawił ją bez pożegnania i nikt nie wiedział, albo nie chciał jej powiedzieć gdzie on był. Ani Rowena, ani Síth. NamGi też nie miał pojęcia. Wtedy znów zaczęła wpływać na nią jej alternatywna wersja. MeiXiu. Nie potrafiła jej wtedy zbyt dobrze kontrolować. Nie w takich emocjach. To była część jej, ale też część jej matki, która chciała, by jej córka cierpiała katusze psychiczne i fizyczne. Przez długi czas nie potrafiła być Faustą. Włóczyła się po szkole jako Mei. Prawie do samego ukończenia przez nią szkoły. W ostatnich dniach szkoły wróciła jako Fausta. Spokojna. Rozładowana, ale jednocześnie dalej smutna. Tęskniła za Bratem i za Huan. No i za tym durnym Jamsem, który sprawił jej taki zawód. Choć sama nie do końca wiedziała, co tak naprawdę między nimi było.


Po ukończeniu szkoły, zamieszkała w Enosii. Nie wróciła do Chin. Chciała spędzić więcej czasu z tymi przyjemnymi wspomnieniami. Choć przez chwilę. 


            I tak minęły, kolejne dwa lata jej życia. Pozornie spokojne, choć wiele w tym czasie się działo w jej życiu. Poznała ciekawą osobę, z którą zamieszkała w pobliskim mieście niedaleko Akademii Nook Of Wolves. Poczuła wtedy, co to jest szaleństwo i prawdziwa miłość. Znalazła też pracę w szpitalu i leczyła ludzi. Była jednak osoba, której nie potrafiła uleczyć i jej przyszły mąż dobrze o tym wiedział. Więc oboje wymyślili plan. Brutalny I zły. Tak bardzo okropny, jak jej matka. Planowali go kolejne dwa. Razem z już wtedy swoim mężem zaplanowała spotkanie ze swoimi siostrami. Wmówiła Im, że chce odzyskać z nimi kontakt - jakież to było słodkie i naiwne z ich strony, że się zgodziły na to. Spotkali się oni w miejscu, gdzie jej matka zostawiła ją na pewną śmierć. Jednak one o tym nie wiedziały. W dzień, to miejsce było piękne. Zwłaszcza bez magicznej bariery i krwiożerczych stworzeń. Miło spędzony dzień zakończyły przy kanionie, przy którym Fausta prawie umarła. Rozłożyły tam koc i zrobiły sobie piknik. Błędem jej sióstr było wypicie czerwonego winka. Było pyszne, aromatyczne, pachniało winogronem. Lecz… miało w sobie truciznę paraliżująca. I padły na koc, gdy zapadała już noc. Wtedy też Fausta zamieniła się w ponurego żniwiarza, a Mei wkroczyła do akcji. Jej mąż że spokojem tylko się przyglądał i kibicował swojej żonie. Takim samym przeraźliwym rykiem jak kiedyś przywołała dzikie zwierzęta, które żywcem zaczęły rozszarpywać kobiety. Jedyne osoby, które kochała i szanowała Diana. Tym razem jednak Fausta nie odwracała wzroku. Patrzyła na cierpienia i słuchała krzyków jej sióstr z mordem w oczach. Wykorzystała połączenie demonicznej mocy jej matki do telepatycznego kontaktu z nią. Jej matka, mogła teraz zobaczyć jej czerwonymi ślepiami jak jej córeczki były rozszarpywana i jak ich flaki, krzew, trzewia zostawały wywlekane na zewnątrz. Została do momentu, gdy jej matka przybyła. Zrozpaczona. Podeszła do niej, gdy tak beznadziejnie stała i pierwszy raz w życiu widziała jak ubolewa. Złapała ją mocno za ramię i ścisnęła.

— Wygrałam, Matko — rzuciła jak gdyby nigdy nic się nie stało, zmieniając się jednocześnie w Fauste i przy ścisku oddając jej demoniczną moc. Naprawdę wygrała. Nie mogła w to uwierzyć. Po tym wszystkim Diana załamała się i nawet nie szukała zemsty. Tak jakby zaczęła rozumieć swoje błędy przeszłości. Za to Fausta w końcu po wielu latach odwiedziła rodzinę w Chinach. W końcu przedstawiła im swojego męża - Daniela. Potwora o głowie jelenia i ciele człowieka. Dobrali się, o ironio. 


 And This is The End Of her chaos.


                             Jej oczy otworzyły się gwałtownie. Wraz z tym uderzyło w nią światło, które oślepiło ją na pierwsze sekundy. Ból, który czuła w swoim prawym kopycie był niewyobrażalny. Jakby ktoś palił ją żywym ogniem od środka. Jej plecy dotykały chropowatej powierzchni. Wilgnej i nieprzyjemnej. Pod dłońmi czuła mech i chodzące po nim robaki.
                             Przerażona Faunka szybko zrzuciła żyjątka chodzące po jej rękach i zapiszczała niespokojnie. Gdy jej ślepia znów mogły zobaczyć ciepłe światło, uspokoiła swój nerwowy oddech i szalone bicie swojego serca. Jej spojrzenie otoczyło całą najbliższą okolicę. Był to las. A tuż przed nią leżał gnijący już jeleń. Znowu krzyknęła z przerażeniem i wtuliła się w korę drzewa, o które jeszcze przed chwilą była oparta. Wszystkie jej zmysły oszalały na tyle, że siedmiolatka nie była w stanie racjonalnie myśleć. Nie czuła zapachu, nie miała czucia w kończynach na tyle świadomie, na ile powinna. Ciężko było jej się zmusić, by wstać. No i ten promieniujący ból w jej malutkim kopytku. Zobaczyła nad nim ranę, z której sączyła się ropa, krew. Zrobiło się jej słabo, bo w końcu poczuła okrutny smród gnijącego ciała i zakażonej rany.
W końcu się obudziłaś — szorstki głos uderzył do jej uszu, które nadstawiła w górę. Poznawała ten głos, ale wiedziała, że nie oznacza on już nic dobrego. Przynajmniej już nie. Nie po tym, jak powiedziała prawdę.
To Twoja kara, Fausta — głuche echo odbijało się między drzewami w ciemnym lesie. Mała dziewczynka dopiero teraz zauważyła, że słońce właśnie zachodziło. Bała się ciemności, była skromnie ubrana, brudna i jej rana prawdopodobnie była zakażona. Była przekonana, że tej nocy umrze. Że sobie zasłużyła. Jej matka zaś swoim zachowaniem tylko próbowała ją w tym utwierdzać. Dla niej była ona nikim. Zwykłą służką, a nie córką. Diana stanęła bliżej małej istoty i nachyliła się nad jej ciałem, które drżało z przerażenia. Bogini jednak patrzyła z nieludzką obojętnością na własne dziecko. Ta Diana, która była uwielbiana przez matki i ich dzieci, właśnie porzucała swoje własne na pastwę losu. Fausta zastanawiała się tylko, czy ona jest pierwszym takim przypadkiem. Czy zasługiwała na taki los. Nie chciała po prostu, żeby jej matka okłamywała ojczyma, którego zdradzała. Malutka Na pewno też nie przypuszczała, że może skończyć się to jej rychłą zapewnię śmiercią w lesie. W jej rozmyślaniach, bólu i panicznego strachu, nawet nie zauważyła, jak jej matka znika i jak zaczyna osaczać ją ciemność. Z wielkim trudem, podniosła swoje drobne ciało i złapała się drzewa. Zrobiło się bardzo ciemno, wręcz czarno. Poczuła się zagubiona.
Mamo…? — cichy szept, a zaraz potem te mokre od łez oczy zaczęły rozglądać się za jej rodzicielką z nadzieją. Złudną jednak. W końcu czego mogła oczekiwać od osoby, która gardziła nią? Powoli zaczęła iść przed siebie, oświetlając sobie drogę z drobinkami swojej magii. Drobne, zielono-złote iskierki migotały przed nią, kiedy wymijała truchło. Nie rozumiała, dlaczego Diana jej to robiła. Jednak z jej rozmyślań co chwilę wyrywały ją różne dźwięki. Łamiące się gałęzie pod jej nagimi stopami. Szum w koronach drzew… Ale najgorsze było uczucie ciągłej obserwacji, jakby zaraz miała stać się ofiarą jakiegoś zwierzęcia. Nawet jeszcze nie wiedziała, że dużo się nie myliła. Usilnie starała się ignorować warczenie bliżej nieokreślonego stworzenia. I szła. Szła tak godzinami. Aż do bladego świtu, gdy znalazła się wycieńczona przy przepaści. Po drugiej stronie zobaczyła jakąś poświatę, toteż barierę. Podobną robiła jej matka, gdy więziła ofiarę na polowaniu w pułapce. Więc nie wyjdzie stąd nigdy? Przeszedł ją zimny dreszcz, gdy w jej myślach pojawił się jej obraz dość brutalnej śmierci. Ona zjedzona żywcem przez jakieś zwierzę. Rozbebeszony brzuch, jej flaki, krew.
Usiadła na krawędzi i spojrzała w dół. Samobójstwo nie było dla niej żadną opcją. Bo wyszłoby na to, że się poddała. Chciała już wstać, gdy nagle za jej cienką szmatę coś ją złapało swoim pyskiem i zaczęło ciągnąć. Fausta wydała z siebie pisk, a raczej krzyk rozpaczy, a jej oczy jeszcze bardziej się zaszkliły. Nie miała siły walczyć, jej krew była skażona, a ona po całonocnym chodzie ledwo ruszała ciałem. Mogła tylko rozpaczliwie krzyczeć. Czuła jak po jej plecach kapie ciepła ślina zwierzęcia, która nieprzyjemnie lepiła się do jej ciała.
Bała się odwrócić głowy, ale musiała zobaczyć, z czym się mierzy. Bardzo pożałowała swojej decyzji, widząc ogromnego potwora z pyskiem jelenia i ogromnymi kłami. Przełknęła ślinę głośniej. Adrenalina jej skoczyła, a ona zaczęła się drzeć wniebogłosy. Monstrum rzuciło ją o ziemię, a ta pisnęła jak skrzywdzone zwierzę, czując okropny ból w plecach przy uderzeniu. Łapa potwora znalazła się na jej karku, pazury boleśnie zaczęły wbijać się w jej delikatną, jasną skórę. Fausta zamknęła oczy. Coraz mniejszy dyskomfort i ból sprawił, że obudził się w niej ogromny gniew. Otworzyła gwałtownie oczy, marszcząc czoło i krzyknęła na cały las przez długą minutę. Po tym zaczęły zlatywać się wszystkie okoliczne zwierzęta i rzuciły się na potwora, by zacząć go żreć żywcem. Dziewczynka wyczołgała się przerażona. Złapała się za kark, z którego sączyła się krew. Zamknęła oczy, nie mogąc patrzeć, jak jelita potwora zostają z niego wyrywane. Jak pysk jelenia jest odrywany kawałek po kawałku w każdym calu. Potworne wycie - trwało to może ledwo z pięć, do dziesięciu minut. Po tym kompletna cisza. Wszystkie wilki, niedźwiedzie, rysie, mniejsze gryzonie rozeszły się jak gdyby nigdy nic. Tak zakończyła się druga noc w lesie. Faun dalej żył.
Czuła jednak potworny głód i pragnienie. Nie potrafiła polować na zwierzęta, nie znała się też na dzikiej roślinności i gdyby coś zjadła z pewnością, by tylko się niepotrzebnie zatruła. Wody nie widziała nigdzie w okolicy. Musiała jednak odpocząć, zanim by wyruszyła ją poszukać. Nie wiedziała tylko, ile jeszcze pożyje z raną na swoim kopycie, w którą się bezmyślnie teraz wpatrywała. Czerwone białka piekły ją niemiłosiernie od płaczu. Całe jej ciało było poobijane, miała pełno małych ranek. Zamknęła swoje ciężkie powieki i momentalnie usnęła na ziemi obok truchła. O dziwno - nic jej nie przeszkadzało. Nic jej nie dorwało. Przespała tak dwa dni. Robaki zaczęły po niej chodzić. Wchodziły w jej ranę, jednak ta dalej się nie budziła. Dopiero gdy odwodnienie i wilczy głód dał o sobie znać. Była na skraju. Istna psychoza dla zagubionego dziecka. Zawyła z bólu, czując, że jej zakażona noga już nie jest do użytkowania w żaden sposób. Uchyliła swoje oczy i ze złością zaczęła wyciągać robaki z rany i zjadać je żywcem. Nic ją już nie obchodziło, tylko przetrwanie. W jej ślicznych, ale potwornie zmęczonych oczach można było zobaczyć głód. Gdy oczyściła ranę, przyłożyła do niej rękę i się skupiła. Nie potrafiła wtedy dobrze używać swojej mocy, ale małe iskierki sprawiły, że jej nogę owinął duży liść bananowca, a związały go pnącza. Wzięła jakąś urwaną gałąź i wstała, opierając swój ciężar na niej. Podeszła do rozkładającego się ciała potwora i złapała za kawałek mięsa, odrywając go swoimi małymi, dziecięcymi dłońmi. I po prostu zaczęła jeść. Piła też jego krew jak wampir dopóki się nie nasyciła. Smak nie miał znaczenia. Drapiący w oczy i nos zapach też nie. Cała była we krwi, gdy skończyła. Nagle usłyszała za sobą krok. Gwałtownie się obróciła, wywalając się na potwora, a raczej jego resztki. Piękny Bóg stanął przed nią. Nie była to Diana, ale jej brat Apollo. Nie mógł już patrzeć na cierpienia małej istoty, więc wbrew woli jego siostry, po prostu wziął ją do niej. Dziewczynka nie wiedziała, co się dzieje, po prostu dała się zabrać wujkowi. Gdy stanęła przed jej matką, uśmiechnęła się do niej.
Żyje — podsumowała krótko w jej stronę, a Diana zdziwiona, przeczesała tylko swoje długie włosy.
Nie obchodzi mnie to — skwitowała krótko. Apollo zaczął się na nią wydzierać i nakazał siostrze zabrać ją do jej biologicznego ojca. I tak też się stało. Strach wrócił. Co tym razem ją czekało? Podróż trwała całkiem długo, jej matka ani słowem się nie odezwała do niej. Dała jej tylko małą torbę, a w niej nieodkrytą dla Fausty zawartość. Kiedy były na miejscu rzuciła dziewczynkę pod nogi jakiegoś nieznanego dla niej mężczyzny.
Wstań, dziecko — powiedział w nieznanym dla niej języku. Ta spojrzała na matkę, a ta ruchem dłoni, kazała jej się podnieść. Wycieńczona dziewczynka wykonała polecenie i spojrzała po okolicy. Dużo ludzi. Zmartwionych ludzi. Patrzących na nią.
Zostajesz tutaj, Fausta — warknęła, a ona zalała się łzami. Jednak nie smutku. A szczęścia. Uśmiechnęła się wesoło. Odbiegła od matki, chciała uciec od nich wszystkich, jednak przez to, że się obejrzała, wpadła na dwójkę młodych chłopaków. Uśmiechających się do niej delikatnie. Był to malutki NamGi i nieco starszy BaoCheng. Fausta mimo bólu odwzajemniła ten gest, jeszcze mocniej niż przed momentem.
                             I wtedy poczuła się jakby pierwszy raz, tak naprawdę otworzyła oczy. Jakby odzyskała wzrok. Czekało ją coś lepszego niż śmierć. Nowe, lepsze życie.

Obraz stopka

Obraz stopka
design by Rinne Lasair